Close

    • Mój pierwszy w życiu "potok"

      To było w marcu 2010. Gdy tylko dni zrobiły się cieplejsze wyganiając mnie z coraz bardziej kruchego lodu, zacząłem planować wyprawę nad którąś z okolicznych rzek pstrągowych. Jeszcze nigdy nie polowałem na "kropka", ale lektura artykułów kolegów "pstrągarzy" na portalach wędkarskich zrobiła swoje i przygotowania ruszyły pełną parą. Do tego przedsięwzięcia namówiłem ojca oraz przyjaciela o wdzięcznym pseudonimie "Minus".



      Nasz wybór padł na rzekę Wietcisę poniżej miejscowości Skarszewy. Po wyborze miejsca nastąpił rytuał doboru sprzętu i przynęt. Wybrałem kij Dragona z serii Mystery c.w. 2-15 g. kołowrotek Dragon Manta, wielkości 2000, z nawiniętą dobrej jakości żyłką 0,16 mm. Moje przynęty to głównie woblery, ale zabrałem również trochę obrotówek, wahadłówek i małych gumek. Gdy wszystko zostało kilkukrotnie sprawdzone pozostało oczekiwać dnia wyprawy.

      Sobotni poranek 20-ego marca który był datą wyjazdu był dość pochmurny i nie napawał optymizmem. Cóż, takie jest życie wędkarza - pomyślałem wciągając portki o piątej nad ranem - w sumie i tak dobrze że nie pada. Szybka herbatka i w drogę. Z pewnymi problemami (żaden z nas nigdy nie łowił na Wietcisie) odnaleźliśmy interesujący nas odcinek rzeki i przed siódmą rano byliśmy nad brzegiem. Niestety widok jaki ukazał się naszym oczom był daleki od tego z wyobrażeń. Worki ze śmieciami, pralki, lodówki, stare opony i tony innych odpadków po obu brzegach. W wodze można było zobaczyć płynące butelki po olejach samochodowych, puszki po piwie, szmaty a nawet części jakiegoś szlabanu. Szkoda rzeki - pomyślałem - oddając pierwszy rzut.

      Miejsce od którego rozpoczęliśmy to most powyżej oczyszczalni ścieków w Skarszewach. Schodząc w dół rzeki - ja prawym brzegiem, a mój ojciec i "minus" lewym - obławialiśmy interesujące miejscówki. Po kilku ciasnych zakrętach doszliśmy do szerokiej prostki. Obrzucałem wachlarzem każde miejsce nadające się do rzutu. W pewnym momencie rzuciłem pod drugi brzeg i pozwoliłem woblerowi spłynąć z prądem trochę niżej. Napiąłem żyłkę czując jak nurkuje i gdy był na środku rzeki poczułem uderzenie! Wędka ugięła się miękko amortyzując zrywy walczącego pstrąga. Adrenalina skoczyła, ale nie straciłem zimnej krwi i po krótkim holu mój pierwszy w życiu "potok" był na brzegu. Szybka i krótka sesja zdjęciowa i ryba z najwyższą ostrożnością wraca do wody. Pstrąg miał 40 cm. Wziąłem głęboki oddech, przewiązałem woblera i w świetnym humorze wróciłem do wędkowania.
      Rzeka obfitowała w podmyte pnie drzew, zatopione konary, dołki inne miejsca mogące być potencjalnym domem dla pstrągów. Wszystkie te miejsca obławiałem z uporem maniaka lecz niestety bez rezultatów. W końcu zbliżyłem się do dużego zakrętu. Woda rozlewała się szerzej przelewając się przez zatopione pnie drzew, kamienie itp. Obławiając wyżej mało ciekawe miejsce czekałem aż stanowisko na zakręcie zwolni łowiący poniżej mnie wędkarz. Kiedy to się stało, stanąłem na brzegu zakrętu i spojrzałem na wodę. Przelewała się przez coś co przy niskim stanie wody musi być wysepką. Główny nurt biegł przy moim brzegu rozdzierany dwoma zatopionymi pniami drzew, a za nimi tworzyły się liczne wiry i wsteczne prądy. "Gdzie patyki tam wyniki" - pomyślałem i zarzuciłem woblera pomiędzy pnie. Przy trzecim przeprowadzeniu poczułem gwałtowne szarpnięcie i momentalnie ryba zanurkowała z powrotem do swojej kryjówki a kołowrotek wydał z siebie jęk popuszczającego hamulca. Tak - pomyślałem - tu będzie znacznie gorzej ponieważ nurt jest silniejszy i jest więcej zawad gdzie można stracić i rybę i przynętę. Po chwili (której z nadmiaru wrażeń nie jestem w stanie ująć żadną miarą czasu) udało mi się skierować bardzo ładnego kropka we wsteczny prąd przy brzegu i po jeszcze jednej próbie ucieczki podebrać go. Chociaż walczył dużo bardziej zaciekle, okazał się nieco krótszy od poprzedniego (38 cm). Potem szybka fotka i powrócił w odmęty swojej rzeki.



      Fali dobrego nastroju nie był w stanie zmącić nawet rzęsisty deszcz, ani zamoczony przy przeprawie przez zamarznięte bagienko but. No, może trochę zabolał fakt że mój szczęśliwy wobler pozostał w rzece na zawsze. Pomimo uporu więcej brań tego dnia nie było, wiec około dwunastej w południe zakończyliśmy łowienie.



      To właśnie wtedy zapadłem na "kropkodiozę" objawiającą się maniakalnym parciem nad pstrągowe rzeki. Muszę przyznać że chociaż od tamtego czasu złowiłem już sporo pstrągów, granicy 40 cm już nie udało mi się przekroczyć. Wszystko przede mną...




      Untitled Document